piątek, 11 marca 2016

ROZDZIAŁ 3

– Wstawaj skarbie – słyszę przy uchu słodki głos Brada. Leniwie uchylam powieki i ziewam przeciągle. – Jak się spało?
– Krótko – wyginam usta w podkówkę i widzę jak chłopak zaciska usta, próbując nie wybuchnąć śmiechem. No co? – Ile tak właściwie jechaliśmy?
– Dopiero jakieś dziesięć godzin – przykłada dłoń do mojego policzka i głaszcze go delikatnie.
– To po co mnie budzisz? – marszczę czoło i podnoszę głowę, rozglądając się na boki. – Gdzie my w ogóle jesteśmy?
– Musisz coś zjeść – kręci głową i wychodzi z auta. A temu co? Przed chwilą był taki kochany, a teraz sprawia wrażenie obrażonego. – Idziesz? – pojawia się z mojej strony i wystawia rękę, aby pomóc mi wyjść. Przytakuję niepewnie głową i opuszczam samochód. Chłopak posyła mi lekki uśmiech i kierujemy się w stronę baru. Wchodzimy do środka i zajmujemy miejsce w rogu.
– Na co masz ochotę? – podnosi wzrok znad karty i spogląda na mnie. Dopiero teraz orientuję się, że powinnam ją przejrzeć i szybko się do tego zabieram. Jednak kiedy patrzę na te wszystkie dania mam ochotę zwymiotować. Co się ze mną dzieje?
– Chyba sobie odpuszczę – spuszczam głowę i bawię się palcami.
– Wszystko w porządku? – siada obok i obejmuje mnie ramieniem.  Nie! Nie jest w porządku! Uciekliśmy właśnie z więzienia, poznałam chłopaka, którego widziałam w moim śnie i na dodatek obiecał, że jeszcze się spotkamy! I jeszcze wyjeżdżamy z NY, w którym się wychowałam, do całkiem nieznanego miasta!
– Tak, tak. Tylko jakoś nie mam apetytu.
– Na pewno? – unosi brew i patrzy na mnie uważnie, jakby wiedział, że kłamię. Przytakuję głową i modlę się w duchu, żeby nie dopytywał. Nie chcę mu tego mówić, bo wiem, że to brzmi bardzo dziecinnie. Sama wybrałam sobie taki los i teraz muszę się z tym pogodzić. – No dobrze. Ale zjedz chociaż trochę.
– Nie dam rady, Brad – przewracam oczami i opieram ręce na stole.
– Jak chcesz – wzdycha i kręci głową. – Pójdę sobie coś zamówić, dobrze? – traktuje mnie jak dziecko, mam dość.
– Jasne – wysilam się na uśmiech i czekam, aż sobie pójdzie.
                Odprowadzam go wzrokiem, po czym znowu wpatruję się w swoje paznokcie. Zauważyłam, że cały czas narzekam. Cholera! Muszę coś z tym zrobić! Mam siedemnaście lat, czyli jest to najlepszy okres w moim życiu, a ja skupiam się na samych złych rzeczach. Tak nie może być! Od teraz będę korzystać z życia jak tylko będzie się dało.
                Rozglądam się po barze i w oczy rzuca mi się chłopak, który siedzi naprzeciwko mnie. Ma spuszczoną głowę i robi coś na telefonie. Ma brązowe włosy i jestem ciekawa jak wygląda w całej okazałości. Jak na zawołanie, chłopak ponosi głowę i nasze oczy się spotykają. O mamusiu! Jest strasznie przystojny. Czuję jak moje policzki robią się czerwone i szybko spuszczam wzrok. Zagryzam wargę i zastanawiam się jak ma na imię. Kurde, to tacy przystojniacy jeszcze chodzą po ziemi? Prycham, kiedy zauważam, że ostatnio mam styczność z samymi przystojnymi chłopakami. To jest dziwne, ale nie narzekam, jak najbardziej mi to opowiada.
– Mogę się dosiąść? – słyszę nagle i podnoszę wzrok. Chłopak stoi przede mną i uśmiecha się uroczo. Patrzę się na niego i nie potrafię wydusić z siebie ani słowa. – Halo? Jesteś tam? – macha ręką przed moją twarzą i znowu się zawstydzam.
– Siadaj – zbieram wszystkie siły i w końcu się odzywam. Odsuwam się trochę, żeby zrobić mu miejsce.
– Jestem Paul – wyciąga rękę w moją stronę i tym razem, bez problemu, lekko ją ściskam.
– Brooklyn, ale mów mi Brooke – uśmiecham się szeroko i nie mogę oderwać od niego wzroku.
– Bardziej podoba mi się Brooklyn – uśmiecha się chytrze.
– Nie lubię tego imienia – krzywię się, ale to prawda.
– Kojarzy mi się z domem – wzrusza z ramionami. – Mieszkałem na Brooklynie.
– Dlaczego już nie mieszkasz? – moja ciekawość bierze górę.
– Praca – wzdycha. – Cały czas muszę się przenosić.
– To musi być bardzo męczące – co niby mam mu powiedzieć?! – Przykro mi – mentalnie uderzam się w twarz za to co przed chwilą powiedziałam.
– A mi nie – uśmiecha się głupio. – Dopóki kasa się zgadza jest w porządku – no tak. –  A ty gdzie mieszkasz?
– Właściwie to… – waham się co powinnam odpowiedzieć.
– Tylko mi nie mów, że nie masz domu – kładzie swoją dłoń na mojej i uważnie się we mnie wpatruje.
– Nie no, skąd – śmieję się, ale poniekąd ma racje. – Jestem w trakcie przeprowadzki.
– Z Nowego Jorku do Los Angeles? – pyta, a ja zamieram.
– Skąd wiesz?! – mówię głośno, aż kilka głów zwraca się w naszą stronę.
– Zgaduję – mruga okiem. – A właśnie! – mówi nagle – mam coś dla ciebie – marszczę brwi, kiedy zaczyna grzebać w kieszeni. Przecież widzi mnie pierwszy raz w życiu, co jest?!
– Dla mnie? – pytam zaskoczona. – Chyba mnie z kimś pomyliłeś.
– Nie ma takiej opcji, maleńka – uśmiecha się słodko i wyciąga małe pudełeczko.
– Co to?
– Otwórz to się przekonasz – pochyla się i szepcze do mojego ucha. – Muszę lecieć, kochanie, bo twój kolega się zbliża – całuje mnie w policzek i tak po prostu odchodzi. Patrzę sparaliżowana jak znika za drzwiami i nie mogę uwierzyć w to co się przed chwilą stało.        
Spuszczam głowę i wpatruję się w małe, fioletowe pudełeczko. Oglądam je z każdej strony i zastanawiam się co może być w środku. Kładę je na stole i nie odrywam od niego wzroku. Chyba muszę je otworzyć, ale się boję.
– Jestem – słyszę z boku głos Brada  i szybko sięgam po pudełeczko, chowając je do kieszeni. – Przepraszam, że tak długo, ale zagadałem się z kelnerką.
– Ładna? – pytam, uśmiechając się głupio.
– Piękna – wzdycha i zaczyna jeść kurczaka, którego sobie kupił. – Ma na imię Kate i za dwa tygodnie kończy osiemnaście lat.
– Wow – kręcę głową – widzę, że szybko się poznaliście – uśmiecham się jak głupia.
– Tak wyszło – wzrusza ramionami. – Kim był ten chłopak, z którym rozmawiałaś? – przestaje jeść i wpatruje się we mnie uważnie. Gwałtownie podnoszę głowę i mrugam szybko.
– Um… Nie wiem – chrząkam, przypominając sobie jego dziwne zachowanie, kiedy zauważył Brada. – Po prostu zagadał.
– Więc widzę, że nie tylko ja mile spędziłem te kilka minut – puszcza mi oczko, a ja się zawstydzam. Nic już nie mówimy. Siedzę i czekam, aż Brad skończy jeść. Po chwili chłopak zaczyna przeszukiwać swoje kieszenie,  a ja marszczę brwi.
– Cholera – burczy pod nosem – zostawiłem telefon w samochodzie – podnosi się, jednak zatrzymuję go.
– Jedz – mówię – ja pójdę – dziękuje mi uśmiechem. Wychodzę i kieruję się w stronę auta.
                Podchodzę i otwieram drzwi. Schylam się, aby poszukać telefonu. Otwieram wszystkie schowki, patrzę pod siedzenie, ale nic nie znajduję. Gdzie jest do cholery ten telefon?!
– Brooklyn – czuję jak ktoś łapie mnie za ramię i gwałtownie się podnoszę, uderzając głową w dach samochodu.
– Ał – wychodzę z auta i masuję obolałe miejsce. – Paul! Przestraszyłeś mnie!
– Przepraszam – chichocze beztrosko.
– Chcesz coś? – cały czas trzymając się za głowę, zamykam drzwi i opieram się o samochód.
– Właściwie to nie – wzrusza ramionami.
– To po co tu przyszedłeś? – unoszę brew. – Zresztą, czy ty nie miałeś już iść?
– Po prostu nie chciałem, żeby twój chłopak mnie zauważył – mówi, a ja zaciskam usta, żeby nie wybuchnąć śmiechem.
 – To nie jest  mój chłopak – kręcę rozbawiona głową.
– Najwyraźniej mam błędne informacje – drapie się po karku, a ja momentalnie zamieram.
– I-informacje? – jąkam się. Kto mu niby to powiedział?!
– Żartuje! – wybucha śmiechem. – Twoja mina jest bezcenna!
– Nie śmieszne – burczę i wkładam ręce do kieszeni. Natykam się na pudełko i od razu je wyciągam. – Co jest w środku?
– Otwórz to się przekonasz – mruga okiem.
                Patrzę na niego i szukam na jego twarzy czegoś co mogłoby mi zdradzić czy mam się bać. Jednak stoi przede mną uśmiechnięty i nic się nie dowiaduję. Spuszczam wzrok i niepewnie otwieram pudełeczko.  W środku jest złota bransoletka. Wyciągam ją i oglądam z każdej strony. Ma przyczepioną zawieszkę w kształcie serduszka. Podnoszę wzrok i patrzę wyczekująco na Paula.
– Nie patrz tak na mnie – unosi ręce w obronnym geście – to nie ode mnie.
                Marszczę brwi i jeszcze raz zaglądam do pudełka. Zauważam niebieską karteczkę i biorę ją do ręki.

Chciałem Ci o sobie przypomnieć. Jak obiecałem, niedługo się spotkamy.
Justin

Gwałtownie podnoszę głowę i liczę, że Paul znowu wybuchnie śmiechem i powie, że to tylko żart. Jednak kiedy nic takiego się nie dzieje upuszczam pudełko i czuję jak robi mi się słabo.
– Hej! – od razu reaguje i łapie mnie za ramiona. – W porządku? Co tam pisze? Od kogo to dostałaś? – zasypuje mnie pytaniami, ale ja nie wiem czy mu na nie odpowiedzieć.
– J-ja – kręcę głową, nie wiedząc co powiedzieć – n-nie wiem – jąkam się i nie mogę uwierzyć, że Justin nie żartował. Owszem, uprzedził mnie, że się zobaczymy, ale nie brałam tego pod uwagę. Z drugiej strony mam szansę poznać chłopaka z mojego snu!
– Chodź – mówi, ale kiedy widzi, że nie ruszam się z miejsca, bierze  mnie na ręce. Normalnie bym się na to nie zgodziła, ale teraz nie miałam głowy, aby o tym myśleć.
                Chłopak podchodzi do, jak sądzę, swojego auta i sadza mnie na masce. Rozszerza moje nogi i staję między nimi. I znowu: normalnie nic takiego by się nie stało. Bierze karteczkę, którą przez cały czas kurczowo trzymałam w dłoni i czyta cicho.
– Kto to Justin?
– Nie wiem, nie znam go – wzruszam ramionami, ale taka jest prawda.
– Ktokolwiek to jest – wzdycha – uważaj. Coś mi tu nie pasuje.
– Mi też – mówię cicho, w dalszym ciągu będąc w szoku.
– Wiesz… – zaczyna, a ja podnoszę głowę i patrzę w jego oczy – niedługo będę w LA i tak pomyślałem, że może się spotkamy? – uśmiecha się słodko, cały czas na mnie patrząc. – O ile w ogóle tam jedziesz – dodaje szybko.
–  Jasne, czemu nie – wysilam się na uśmiech. Twarz chłopaka od razu się rozpromienia.
– Daj mi telefon – wyciąga rękę, a ja patrzę na niego jakby miał dwie głowy – chcę ci wpisać mój numer – przewraca oczami, ale cały czas się uśmiecha.
– Och – po prostu mnie zaskoczył. Posłusznie robię to co powiedział i po chwili oddaje mi telefon. Wtedy przypomina mi się po co tu przyszłam. – Muszę już iść – zeskakuję z maski samochodu i czekam, aż coś powie.
– No tak – śmieję się – zatrzymałem cię, przepraszam.
– Spokojnie – podchodzę do niego – nic się nie stało.
– Zadzwoń jakbyś chciała porozmawiać – łapie mnie za rękę i mój wzrok od razu pada w to miejsce.
– Jasne – podnoszę głowę i nasze oczy się spotykają. Uśmiecha się uroczo i naprawdę nie mogę się nadziwić jaki jest przystojny. Chociaż sprawia wrażenie „bad boya” wcale taki nie jest. Staję na palcach i cmokam go w policzek. – Do zobaczenia, Paul – macham mu na pożegnanie i odchodzę.
                Ponownie zabieram się do przeszukania samochodu, ale znowu nic nie znajduję. Niech to szlag. Przecież ten telefon nie mógł się rozpłynąć. Wkurzona mocno trzaskam drzwiami i wracam do Brada. Kończy właśnie jeść i dziwie się, że tak długo mu to zajęło. W końcu nie było mnie dobre dwadzieścia minut.
– Nigdzie nie ma tego durnego telefonu – burczę pod nosem i siadam naprzeciwko chłopaka.
– Jak to nie ma – marszczy czoło i wkłada ręce do kieszeni. – O zobacz! – krzyczy nagle i podnoszę głowę – tutaj jest!
– Boże, Brad – przewracam oczami i mam ochotę go uderzyć. To po co ja po niego szłam? – Zjadłeś już? Chciałabym jechać – mówię nieco zirytowana, ale mam dość dzisiejszego dnia.
– Tak, tak – kładzie pieniądze na stolik i podnosi się. – Chodźmy.
               
Słyszę dzwonek do drzwi i od razu biegnę otworzyć. Nie mogę się doczekać, aż Brad wróci z pracy i pójdziemy na kolację. To takie miłe z jego strony. Byłam szczerze zaskoczona kiedy powiedział mi, że chciałby ze mną być. Chociaż czy powinnam się dziwić? Od roku mieszkamy razem w Los Angeles i żadne z nas nie znalazło tutaj bratniej duszy. Oczywiście pomijając nas samych. 
Łapię za klamkę i szeroko otwieram drzwi. Jednak kiedy widzę osobę po drugiej stronie, uśmiech od razu schodzi mi z ust. Mogłam spodziewać się wszystkich, ale nie jego.
– Witaj piękna – zadziornie mruga okiem, ale jestem zbyt zszokowana , żeby coś odpowiedzieć.
– C-co ty tu robisz? – jąkam się, ale jestem zaskoczona jego wizytą.
– Nie mów, że się mnie nie spodziewałaś – prycha i wchodzi do środka. Ogląda dom z zaciekawieniem, po czym odwraca się w moją stronę. – Ładnie się tu z Bradem urządziłaś.
– Dziękuję – mówię cicho, zakładając kosmyk włosów za ucho. – Ale powiedz mi Logan, czego ty chcesz?
– Mam sprawę –patrzy na mnie poważnie, a ja boję się, że coś się stało – miałem ci powiedzieć, że Brad nie żyje.
                Patrzę na niego przez długą chwilę i nie mogę uwierzyć w to co usłyszałam. Jak to nie żyje?! Co się stało?! Chcę go o to wszystko zapytać, jednak nie mogę, bo wielka gula pojawia się w moim gardle. Nagle kręci mi się w głowie, a przed oczami pojawiają się czarne plamy. Czuję jak moje ciało robi się jak z waty i upadam. Jednak nie czuję żadnego bólu spowodowanego upadkiem. Resztką sił podnoszę powieki i widzę przed sobą Justina. Trzyma mnie na rękach i wpatruje się we mnie z szerokim uśmiechem.
– Teraz już nikt mi cię nie zabierze – szepcze i całuje mnie w czoło. Następne co widzę to ciemność.

– Brooke, obudź się – czuję jak ktoś klepie mnie po policzku – no już, wstawaj! – leniwie uchylam powieki i widzę przed sobą Brada. Gwałtownie zrywam się na nogi, a mój oddech szaleje. – Hej – od razu podchodzi do mnie i bierze mnie w swoje ramiona – co się stało?
– Śniło mi się, że nie żyjesz – mówię cicho i zamykam oczy. Jak dobrze, że to był tylko sen.
– Już dobrze – uspokajająco głaszcze moje plecy. – To tylko sen.
– Cieszę się, że jesteś tu ze mną – po dłuższej chwili milczenia, podnoszę głowę i szukam jego wzroku.
– Ja też – uśmiecha się słodko, po czym pochyla głowę i całuje mnie czule. – Chętnie bym się z tobą po obściskiwał, ale chyba nie chcesz spóźnić się na pierwszy dzień w nowej szkole – odsuwa się, a ja spuszczam głowę zawstydzona jego słowami.
– Brad – jęczę, ale dobija mnie jego bezpośredniość.
– No co – wzrusza ramionami i uśmiecha się jak głupi. – A teraz idź się przebrać – odwracam się, a on klepie mnie w tyłek. Spoglądam na niego groźnym wzrokiem i znikam za drzwiami łazienki.
                Ściągam z siebie piżamę i wskakuję pod prysznic. Ustawiam odpowiednią temperaturę i kiedy woda styka się z moim ciałem, momentalnie się odprężam. To niesamowite jak bardzo związałam się już z tym miejscem. Przyjechaliśmy tutaj zaledwie parę dni temu, a ja już się zakochałam. Dzisiaj jest pierwszy dzień szkoły i strasznie się denerwuję. Czy ludzie są tutaj tacy sami jak w Nowym Jorku? Chciałabym znaleźć przyjaciółkę, której mogłam bym wszystko powiedzieć i która by mnie wspierała. Nie to, że narzekam na Brada, ale myślę, że towarzystwo dziewczyny lepiej na mnie wpłynie. A może jakiś chłopak się pojawi? Kto wie… Podoba mi się to, że nikogo tam nie będę znała. Idę do miejsca, gdzie nikt nic o mnie nie wie, więc mogę zacząć od zera. Mogę pokazać się ludziom i być taka jaka zawsze chciałam być, a co niekoniecznie mi wychodziło. Zapowiadają się piękne dwa lata, a ja wiem, że będę z każdego dnia wyciągać jak najwięcej i nie zmarnuję ani minuty na smutki! Od tej chwili będę najszczęśliwszą osobą na ziemi i nie ma rzeczy, która mi to zepsuje.
– Pośpiesz się, bo się spóźnisz! – słyszę jak Brad uderza w drzwi i przewracam oczami. Nic nie odpowiadam tylko zakręcam wodę i wychodzę z kabiny. Wycieram się miękkim ręcznikiem i szybko suszę włosy. Robię delikatny makijaż i opuszczam łazienkę. Na łóżku leży Brad, wpatrzony w swój telefon. Chrząkam cicho, chcąc zwrócić na siebie uwagę. Kiedy podnosi się i widzi mnie w samym ręczniku w jego oczach pojawia się dziwny błysk.
– Mógłbyś wyjść? – pytam, chociaż  wiem, że nie muszę tego robić, bo i tak wyjdzie. – Chciałabym się przebrać.
– Droga wolna – wskazuje ręką na szafę. Kiedy tu przyjechaliśmy to pierwsze co zrobiłam to poszłam na zakupy. W końcu skoro mamy tyle kasy, trzeba jej trochę wydać.
– Brad – spojrzałam na niego groźnie, jednak ten tylko się uśmiechnął i z powrotem  opadł na łóżko. – Spóźnię się przez ciebie – wzdycham, ale chłopak nawet nie odpowiada. Zrezygnowana podchodzę do szafy i wyciągam czarną, dopasowaną spódniczkę i białą bluzkę z długim rękawem. Biorę jeszcze bieliznę i wracam do łazienki. Szybko ubieram się w przygotowane ubrania i wychodzę.
– Nie mogłaś się tutaj przebrać? – burczy chłopak, kiedy mnie widzi.
– Nie – wystawiam język i podchodzę do szafy, z której wyciągam wysokie, czarne szpilki. Zakładam je na nogi i staję przed lustrem.
– Cholera – słyszę Brada i odwracam się w jego stronę. – W sumie to może zostaniesz w domu? – porusza zabawnie brwiami i ja wiem co mu chodzi po głowie. Kręcę głową, ale nie odpowiadam. Biorę jeszcze czarną torebkę, do której wkładam najpotrzebniejsze rzeczy i kieruję się do wyjścia. – Hej, a buziak na pożegnanie? – chłopak zatrzymuje mnie i odwraca w swoją stronę.
– Nie zasłużyłeś – droczę się z nim.
– Oj no weź – robi minę szczeniaczka – nie bądź taka.
– Nie zasłużyłeś – powtarzam i odwracam się, chcąc wyjść z domu.
– To chociaż mnie przytul – łapie mnie za nadgarstek.
                Podchodzę do niego i szybko zamyka mnie w swoich ramionach. Kładę głowę na jego torsie i zamykam oczy, bo czuję się tak dobrze.
– Uważaj na siebie – szepcze mi do ucha i całuje w czoło. Przytakuję głową, posyłam mu ostatni uśmiech i wychodzę z domu. 

______________________________________________________________________________
Przychodzę dzisiaj do Was z rozdziałem, ale powiem Wam szczerze, że jakoś nie jestem do tego opowiadania przekonana. Po przeczytaniu paru rozdziałów (które już napisałam) wydaje mi się nudne. Więc kilka następnym postów okaże się decydujące czy pisać je dalej czy nie ;)

Oglądał ktoś filmiki z koncertu w Seattle? Jak tak to jak wrażenia? :D 

3 komentarze

  1. Kobieto masz pisać dalej i to rozkas!!!! A poza tym rozdział jest boski i nie mogę się doczekać następnego!!! :-* :-*

    OdpowiedzUsuń

Szablon dla Bloggera stworzony przez Devon.